24 May 2020

Start:

Days
Hours
Minutes
Seconds

Monika Mojra Alimanovic

Prowadzi bloga „Cycki na rowerze”, oprócz jazdy na wyżej wymienionym zajmuje się propagowaniem profilaktyki raka piersi oraz namawia kobiety do pokochania własnego ciała i do jazdy na rowerze, w czym pomagają jej utworzone przez nią damskie ustawki - ,,Rowerowe Poniedziołchy". Zawsze uśmiechnięta, służąca dobrą radą i pomocą z każdym potrafi znaleźć wspólny język.

 

(2019-12-12) O tym jak mój pierwszy wyścig szosowy stał się tym ostatnim.

Było to cztery, albo pięć lat temu. Nawet nie chcę tego dokładnie sprawdzać, bo znajomość daty porażki nie jest mi do szczęścia potrzebna.

Któryś dzień maja. Ale nie taki piękny, słoneczny, kwitnący i kwiatowopączkowo pierdzący słodyczą.
Zimny, z pędzącymi po niebie deszczowymi chmurami i wiatrem, który wyrwał flagę z nazwą marki rowerów zamontowaną przy starcie. Opóźniony start, ja z gęsią skórką na odsłoniętych nogach, spiętym tyłkiem i startym szkliwem od zgrzytania zębami. Ja, wydarta z ramion trenażera i święcie przekonana, że dobrze mi pójdzie, bo przecież tak mówią cyferki.

Na trasie miał stać Ryszard, żeby dodać mi otuchy, ewentualnie opierdzielić, albo podać żarcie.
Izo i żarcie to dwie rzeczy, które zawsze muszę mieć na stanie podczas jazdy. Sprawiają, że moja głowa jest wolna od zmartwień, bo wszystkie inne problemy da się jakoś rozwiązać. Brak wymienionych powyżej w miejscu gdzie nie ma sklepów, domów zawsze może odbić się negatywnie na ciele (i umyśle).

Wracając do wyścigu.
Ruszyliśmy. Zakręt w lewo i długa prosta o nachyleniu około 3%. Kręcę, kręcę, tętno już bardzo wysokie. Wiem, że nie ma szans, żebym tak długo pojechała. I mijają mnie chłopaki, mijają dziewczyny, mijają dzieci, mijają starsi panowie. Tak to właśnie wyglądało. Nie załapałam się do żadnej grupy. Żadnej. Po drodze jeszcze jakieś niedobitki krzyczały, żeby siąść im na kole. Nie dałam rady. Nie dałabym rady już chyba nawet zsiąść z tego roweru i wsiąść do samochodu kończącego wyścig, który, oczywiście, też mnie minął. I samochód i wyścig.

Wiatr taki, że stałam prawie w miejscu. Deszcz? Nie, to nie był deszcz. To były zimne, lodowe szpilki wbijające mi się w nogi i twarz, która z powodu panującej temperatury i mojej złości, stała się czerwona. Nie będę pisać, że jak burak, bo w tamtym momencie nawet burak wydawał się być dostojniejszy i mniej zawstydzony niż ja. Jechałam i prawie nic nie widziałam. Oczy miałam przeszklone i nie chciałam ich zamykać, bo to co się w nich zebrało, raz wypuszczone, stałoby się wodospadem. Nie mogłam normalnie oddychać, bo w gardle miałam przedhisteryczną gulę.

Gdzie, do cholery (ku**y) Rychu!? Miał stać na trasie. No miał, ale tak długo jechałam, że poszedł się szykować do swojego startu. A ja tak jechałam, jechałam i cały czas miałam nadzieję, że go zobaczę. Wtedy mogłabym zejść z trasy, a tak nie wiedziałam, gdzie jestem.
Tak też mój pierwszy start, stał się ostatnim, co ma się zmienić ze względu na start w Gran Fondo Gdynia 2020, ale czy będę się tam ścigać, czy po prostu zostanę Coffee Riderem okaże się na miejscu. Wolę o tym jeszcze nie myśleć. Słowo ,,ścigać” budzi we mnie za dużo emocji.

Co do wyliczeń, cyferek wskazujących, że ten nieszczęśliwy start miał być dobrym startem: w momencie, gdy miałam możliwość porównania wskazań mocy trenażera z innymi pomiarami mocy, okazało się, że trenażer przekłamywał moc o około 20 wattów na moją korzyść (chyba jednak niekorzyść).
Przygotowania, przygotowaniami. Obliczenia, obliczeniami, ale z perspektywy czasu szybko doszłam do wniosku, że sam trenażer do przygotowania się do sezonu nie wystarczy. Od tamtej pory zmieniłam swoje nawyki i zakupiłam ciepłą, zimową odzież.

Niektórzy łatwiej przyjmują porażki. Te wszystkie gadki, że nie jest ważne, że się upada tylko to, że się wstaje. Ble, ble, bleee…. Mam widocznie słabą głowę.

Niektórzy pocieszają się i za porażkę winią pogodę, sprzęt, zupę, dupę, czy tam cokolwiek coś innego. Ja winię siebie.

To był start, który zmienił moje życie, takie trochę ,,Trudne sprawy”, albo wręcz ,,Idź na całość”, tyle że poszłam, a tu Zonk.